…, a ostatnia literka to “A” :)

22 06 2008

- Napisz coś - powiedziała.
- Jak to?
- No jakiś tekst, artykuł, cokolwiek…
- Dlaczego?
- No bo tak.
- Ale o czym?
- O czymś fajnym.
- Mhm…

No więc wróciłem na stare śmiecie, za to z nowym tekstem - o czymś fajnym.
A że najprostsze pomysły są najlepsze…
…postanowiłem napisać o sobie :)

Bo tak, jestem fajny i jakkolwiek nieskromnie by to brzmiało, jestem tego świadomy. Inteligentny, błyskotliwy, ze świetnym poczuciem humoru i ładnymi, choć nieco nadmiernie owłosionymi, nogami. Oczywiście, tych kilka zalet jedynie rozpoczyna całą listę, której nie będę przytaczał wyłącznie ze względu na troskę o wasze samopoczucie. Wad prawie nie posiadam, a jeśli nawet, to nie są zbyt uciążliwe i łatwo można sobie z nimi poradzić. Do niedawna chodziłem w brudnych butach, ale odpowiednie służby już się tym zajęły :)
Mam wykształcenie prawie wyższe licencjackie. Prawie, bo została mi do obrony praca, ale jak dobrze pójdzie, to za jakieś półtora tygodnia będę uprawniony do odbioru dokumentów zaświadczających o otrzymaniu stopnia licencjata z kierunku, który prawie mnie nie interesuje. Kolejne wielkie osiągnięcie do kolekcji :)
Lubię gotować i nieźle mi to wychodzi, piekę też całkiem nieźle. Gdyby nie nieco feministyczne poglądy, mógłbym zaryzykować stwierdzenie, że powinienem był urodzić się kobietą. Ratuje mnie fakt, że od czasu do czasu śmiałem się na „Testosteronie”. Niemniej, jeśli moja przyszła żona będzie potrzebowała pomocy w kuchni, jestem w stanie zrobić nieco więcej niż zagotować wodę na herbatę.
I na koniec - zajebiście wyglądam w garniturze :)

Tak, zdecydowanie jestem fajny. Ale przy tym wszystkim pojawia się jeden problem, który jeszcze do niedawna problemem nie był, ale im dłużej z nim żyję, tym bardziej uciążliwy się staje. Jestem mało ambitny.

O niewiele rzeczy w życiu musiałem walczyć, a jeśli już do walki się zabierałem, musiało mi na czymś bardzo zależeć. Podejrzewam, że na palcach jednej ręki mógłbym policzyć te rzeczy, przy osiągnięciu których postanowiłem się napracować. I absolutnie nie wynikało to z faktu, że miałem wszystko na wyciągnięcie ręki, wręcz przeciwnie - nigdy nie miałem wiele, a nawet można powiedzieć, że miałem niewiele, lecz wystarczająco dużo, jak na moje potrzeby. Nawet kiedy w domu się nie przelewało, ja nie narzekałem, bo - jak to mówi jeden z moich przyjaciół - miałem co włożyć do gęby i portki na dupę też. A poza tymi podstawowymi potrzebami nie potrzebowałem właściwie niczego. I tak na przykład kiedy półtora roku temu wydałem zbierane przez kilka miesięcy pieniądze na „zabawki”, zamiast na prawo jazdy, to właśnie dlatego - nie uważałem, bym go potrzebował.

Nie wiem, co mam robić w przyszłości. Nie chcę się ruszać stąd, gdzie jestem, póki się to nie zmieni. Myślałem o dziennikarstwie, ale chyba za dużo przy tym roboty - takiej, która mnie nie interesuje, myślałem o pracy w Policji, ale płaca na pierwszych stopniach kariery nieznacznie przewyższa minimalną… A tak poza tym, to miałem już być wykwalifikowanym politykiem, kierowcą ciężarówki lub listonoszem. Jeśli chodzi o najbliższą przyszłość, to rozważałem zmianę uczelni, miejsca zamieszkania, wciąż myślę o wyjeździe za granicę (trzy miesiące zrywania jabłek w Belgii - potraficie wyobrazić sobie coś bardziej fascynującego?). Nie mam pojęcia, które z tych planów postanowię i które uda mi się zrealizować, ale jedno wiem na pewno - nie wolno stać w miejscu. Życie jest zbyt krótkie, by marnować czas na bezczynność, a nawet próbując osiągnąć jakąś stabilność, trzeba to okupić pracą.

Na szczęście… mam szczęście :) Bo oto jakiś czas temu pojawił się w moim życiu piękny, zielonooki Czynnik Motywujący, który, jeśli tylko wytrzyma ze mną wystarczająco długo, ma szansę pomóc osiągnąć mnie, nam rzeczy wielkie. Zwłaszcza, że z dnia na dzień ambicji jest coraz więcej.

Dzięki, Szczęście.

A że jest chwila po północy, w tym miejscu mogłyby się pojawić życzenia urodzinowe. Ale się nie pojawią, bo chcę mieć przyjemność złożenia Ci ich po raz pierwszy „na żywo”. Zostaje więc mi tylko napisać: Dobranoc. I wyjdź już spod tej kołdry, szerszenie naprawdę nie są groźne, dopóki ich nie rozdrażnisz ;)





O pragnieniu zmiany

5 01 2008

Od dwóch dni słucham Phila Collinsa. To znaczy, w ogóle słucham go całkiem sporo już od dobrych kilku lat, a jego piosenki podobają mi się odkąd pamiętam, ale dwa dni temu znowu naszła mnie chęć na mały maraton z trzypłytowym albumem “The best of”. Rano, w pociągu do Siedlec, pierwszy raz od miesiąca usłyszałem jego piosenkę “All of my life”. Ogólnie rzecz biorąc, opowiada ona o człowieku, który próbuje dokonać bilansu swojego życia i zauważa, że ostro sobie je w paru miejscach spierdolił. To ja <macha> :) Z tym że ja, w przeciwieństwie do człowieka z piosenki, mam jeszcze czas, żeby coś zmienić.

Słucham tego jednego kawałka niemal non stop od kilku godzin. To cholernie destrukcyjne, bo co 5,5 minuty mierzę się z tym jednym pieprzonym fragmentem, który tak bardzo dotyczy mnie i w którym Phil tak bardzo ma rację.

I’d spend my time thinking too much
And leave too little to say what I mean

Za dużo myślenia o tym, co mógłbym powiedzieć, za mało mówienia o tym, o czym myślę. Podobnie jak w latach ubiegłych, tak i w tym roku miałem się obejść bez noworocznych postanowień. Obiecałem nawet komuś (pozdrawiam), że nie wydorośleję, mimo, że dwa dni przed Sylwestrem planowałem (wreszcie) zacząć ku temu dążyć. Ale dziś doszedłem do wniosku, że pewne zmiany zajść muszą, bo zdecydowanie zbyt wiele szans już w życiu straciłem właśnie przez taką postawę.

I tak jak człowiek z piosenki Phila, muszę któregoś dnia usiąść z kimś przy jednym stole i pić, dopóki język nie rozwiąże mi się do tego stopnia, że więcej powiedzieć się nie da. Z kimś, kto wysłucha mnie w 100% i sam również całkowicie się wygada, bez patrzenia na zegarek, stan portfela (ja stawiam) i to, że rozmowa na niektóre tematy może okazać się krępująca. Chyba już nawet wiem, z kim.

Teraz już tylko potrzebuję jakiegoś bodźca, impulsu, który popchnie mnie do działania i zdeterminuje do walki o to, bym nie skończył jak człowiek od Phila Collinsa. Znając życie, jak zawsze - poczekam :)





Święta! :D Święta! :D Święta… :/

5 12 2007

Zbliża się Boże Narodzenie. Dla jednych okres radości z powodu zaśnieżonych ulic i świątecznych ferii, inni - jak na przykład Eric Cartman z South Park - liczą na urodzaj ciast i prezentów, jeszcze inni spodziewają się w domach napływu gości z różnych stron Polski, a może i świata. A wszystkich ich łączy jedno - bardziej lub mniej szczera radość z przyjścia na świat Jedynego Pana Jezusa Chrystusa, amen, alleluja, hakuna matata! No dobra, pewnie nie wszystkich. Mnie w każdym razie - nie.

Końcówka grudnia była dla mnie zawsze okresem niezwykle radosnym. Lubię spotkania z rodziną, ubóstwiam kapustę z grzybkami, uwielbiam świąteczną ramówkę TV i wprost kocham śnieg. Do tej pory wszystko to jednak było dodatkowo okraszone tym jednym pośród wielu, ale za to najistotniejszym, elementem - Bóg się rodził, moc truchlała. I choć już od wielu lat nie mogłem zaliczać się do grupy tych najgorliwiej wierzących chrześcijan, to “jakoś wierzyłem”. Czasem wątpiłem, czasem bluźniłem, ale ogólnie rzecz biorąc pewnie nie wychodziłem poza kanon przeciętnego polskiego wierzącego. W każdym razie Boże Narodzenie było dla mnie zawsze czasem wyjątkowym, w którym całkiem naturalne wydawało mi się podśpiewywanie pod nosem kolęd, wysyłanie do rodziny pocztówek ze stajenką i gwiazdą betlejemską na froncie i łamanie się opłatkiem, na wzór jezusowego dzielenia się chlebem. I wszystko to tak pięknie składało się na wyjątkowość tych kilku dni, i byłem zawsze szczęśliwy i uśmiechnięty. Tymczasem w te wakacje w jednym dniu stałem się agnostykiem. Dla niewtajemniczonych - racjonalistą, który aby uwierzyć w boskie pochodzenie świata i człowieka, musi zobaczyć niepodważalne na to dowody. W tym roku nie będzie więc kolęd i symboliki opłatka, nie będzie udanego Bożego Narodzenia. Nie dla mnie.

Już dziś wiem, że za tych kilka tygodni nie będę miał do roboty nic lepszego, jak zasiąść przed kompem, może obejrzeć jakiś film, napisać coś na blogu, pogadać z kimś na gadu. Kevin sam w domu już nie będzie śmieszył tak samo jak co roku, śnieg będzie mniej biały, a kubek kakao wystygnie szybciej niż zwykle…

Tymczasem siedzę tu sam i słucham jazzowo-świątecznych melodii wygrywanych przez Kenny’ego G i bluesowych kawałków Elvisa o tej samej tematyce. I jest mi jakoś tak dziwnie ciepło i miło, i spokojnie. Boję się jednak, że wraz ze zmniejszającym się odstępem czasu, jaki pozostał do świąt, mogę się czuć coraz mniej fajnie… W kwestii “Wesołych Świąt” pozostaje mi więc chyba tylko liczyć na bożonarodzeniowy cud.





Za Mistrzem

2 12 2007

Find a way to my heart and I will always be with you
From wherever you are, I’ll be waiting
I’ll keep a place in my heart, you will see it shining through
So find a way to my heart and I will, I will follow you

This journey’s not easyfor you, I know
If your footsteps get too faint to hear, I’ll go
Cos you know, questions are never that easy
And never the same
Well, you have the answer believe me
If you have the faith to…

Find a way to my heart and I will always be with you
From wherever you are, I’ll be waiting
I’ll keep a place in my heart, you will see it shining through
So find a way to my heart and I will, I will follow you

Time may come and time may go, I know
And if you should call out for me, I’ll go
But you know, there is a code to be broken
I wrap it around
Without a word being spoken
Without a sound

There’s a reason I hide my heart
It’s out of sight, out of mind
And when I find out just who you are
The door will be open for you to…

Find a way to my heart and I will always be with you
From wherever you are, I’ll be waiting
I’ll keep a place in my heart, you will see it shining through
So find a way to my heart and I will, I will follow you





Dlaczego NIE jestem dużym dzieckiem

29 11 2007

Śniadanie zjadłem dziś wyjątkowo w dużym pokoju, przed telewizorem, zamiast - jak niemal zawsze - u siebie, przy biurku. Jedząc obejrzałem fragment jakiegoś programu na TVP2 (”Pytanie na śniadanie” czy coś takiego), w którym poruszono zagadnienie tzw. syndromu Piotrusia Pana. Pogłośniłem fonię i już po dwóch minutach oglądania byłem przekonany, że panie siedzące w studio rozmawiają o mnie. Padło kilka poważnych zarzutów pod adresem ludzi takich jak ja, czyli niedojrzałych, wręcz dziecinnych i, o dziwo, żaden z nich mnie nie rozzłościł. Bo komu będzie przeszkadzało zbytnie zdziecinnienie, jeśli przy okazji nazywa się go uroczym, prawda? ;) Ogólnie rzecz biorąc, tych kilka minut utwierdziło mnie w przekonaniu, że jestem osobnikiem oryginalnym, interesującym i fajnym. Że gdybym nie był sobą, chętnie bym się poznał. Ale co z tego, skoro…

Kilkanaście minut później siadłem przy komputerze i wyszukałem w google frazę “syndrom Piotrusia Pana”. Wśród dziesiątków różnego rodzaju linków pojawił się m.in. jeden szczególnie ciekawy. Skierował mnie on do artykułu zamieszczonego w 34. numerze tygodnika Wprost, z 22 sierpnia 1999 roku. Wklejam go poniżej i zachęcam do przeczytania go w całości, bo jest naprawdę ciekawy, nie tylko dla “dużych chłopców”, ale i dla ich rodzin, przyjaciół i znajomych, a także dla osób, które interesują się psychologią lub zjawiskami z dziedziny socjologii.

. . .

Dorosłe dzieci

Kim są wieczni chłopcy?

Joanna Kostyła, wsp. Ewa Witkowska

Najgorsze, co może powiedzieć mężczyzna kobiecie? “Masz płaskie piersi” Najgorsze, co kobieta może powiedzieć mężczyźnie? “Jesteś wiecznym chłopcem”. Taka - przekonują antropologowie kultury - jest miara największego upokorzenia. Kulturowy nokaut. Jeśli takie słowa padną, w gruzy obraca się cały świat i bardziej lub mniej realne szanse na zbudowanie przyjaźni między płciami. Woody Allen przekonywał, że mężczyznę można “wykastrować” jednym zdaniem: “Wolę, abyś był moim przyjacielem niż kochankiem”.

Piotruś Pan, Mały Książę, Puer Aeternus - wiecznego chłopca spotkać coraz łatwiej. Od odpowiedzialności i prawdziwego życia ucieka w świat idealizmu i fantazji. Otacza się drogimi zabawkami, preferuje namiętne miłostki, szybkie i luksusowe samochody. Chce się objadać lodami i cukierkami, chociaż wie, że może się po nich nabawić anginy i próchnicy. Nie przyjmuje do wiadomości odmowy. Przed czterdziestką dziwi się, że prawdziwa miłość jeszcze mu się nie przytrafiła. - Kultura daje mężczyznom mniejszą szansę urzeczywistnienia dziecięcych marzeń. Dziewczynka bawi się w dom i po latach rzeczywiści zostaje matką. Chłopiec marzy o tym by być odkrywcą lub podróżnikiem, a zostaje prawnikiem, lekarzem, pracownikiem nauki. Z pragnień rzadko kiedy wyrasta, więc w “podróżowanie” bawi się po godzinach - mówi Jacek Santorski, psycholog. Czy pięćdziesięcioletni chłopiec jest z tym szczęśliwy?

Sto lat temu lekarze mieli do czynienia z neurotykami. Dziś typowym pacjentem w gabinecie psychoterapeuty jest wieczny chłopiec - mężczyzna niedojrzały, fantasta uciekający przed problemami i odpowiedzialnością w zabawę, hobby, iluzję. - Trzydziestoletni pacjent potrafi mi się rozpłakać w gabinecie. Jest zamożny, ma świetną pracę i rodzinę, a psychicznie jest słabszy od piętnastolatka, którego wychowała ulica - mówi jeden z psychoterapeutów. - Taki Mały Książę ciągle czegoś szuka. Kocha marzenia. Po prostu nie chce wydorośleć. Często unosi się psychicznie lub dosłownie nad ziemię. Z tego wynika fascynacja niebezpiecznym sportem, zwłaszcza lotnictwem i górskimi wspinaczkami - tłumaczy Zenon Waldemar Dudek, psychiatra.

Dla wiecznego chłopca znamienne jest “życie prowizoryczne”. Boi się realnego “tu i teraz”, unika związków i sytuacji, z których trudno mu się będzie uwolnić. Mówi, że nie może się związać na stałe z kobietą, bo musi się opiekować mamusią. Gdy trzeba podjąć decyzję, rzuca monetą. Odrzucony, usilnie chce się dowiedzieć “kim był ten drugi, w czym był lepszy”. Brakuje mu godności, aby odejść z klasą - tupie, tuli się i płacze jak dziecko, któremu odmówiono zabawki. “Przeciętny Piotruś zapewnia, że jest zdeklarowanym heteroseksualistą, w rzeczywistości jednak czuje się bardzo niepewnie wobec kobiet. Odcina się od wszystkiego i wszystkich lekceważy. Wmawia sobie satysfakcję z pracy zawodowej. Utrzymuje wiele powierzchownych przyjaźni, które uważa za głębokie. I tak jak za młodu nie przepuszcza żadnej okazji do zabawy” - tak charakteryzuje wiecznego chłopca Dan Kiley w “Syndromie Piotrusia Pana”. Lekkomyślność, ciągłe poszukiwanie seksualnych przygód, alkoholizm i nieustanną chęć zabawy wieczny chłopiec tłumaczy potrzebą “odprężenia się”. Na trudnej zawodowej naradzie obmyśla plan budowy lotniska dla szybowców, doczepia wagonik do ukochanej kolejki albo planuje wypad z jeszcze nie spotkaną panną do pubu, do którego pierwszy raz zaprowadził go ojciec. W weekendy spotyka się w męskim gronie, by zagrać w golfa lub pożeglować. Cały rok kompletuje najmodniejszy sprzęt narciarski albo kupuje sportowy samochód do jazdy po mieście. Im jest zamożniejszy, tym droższe i atrakcyjniejsze wynajduje sobie rozrywki.

- Ale nie każdy mężczyzna, który ma hobby i lubi się bawić, jest wiecznym chłopcem! - prostuje Anna Giza, socjolog. Według prof. Marka J. Siemka, filozofa z Uniwersytetu Warszawskiego, lenistwo w sensie epikurejskiego spokoju, nieobecności “palącej potrzeby” i spontanicznej zabawy to wyraz tęsknoty za szczęściem. Psychologowie zwracają uwagę, że życiowa niedojrzałość i brak odpowiedzialności u Małego księcia nie są warunkowane jedynie chłopięcą wrażliwością. Niejeden mężczyzna, który do końca życia zachowuje w sobie dziecko, potrafi być człowiekiem świadomym, mającym jasne cele w życiu i umiejącym je realizować. Przyczyn syndromu Piotrusia Pana poszukuje się przede wszystkim w przyspieszeniu cywilizacyjnym i zmianach kulturowych wzorców męskości i kobiecości. Nasza kultura coraz bardziej odbiega od archetypu tzw. cnót rycerskich: odpowiedzialności, równowagi wewnętrznej, umiejętności samokontroli, odwagi, siły, zdolności do poświęceń, wierności, odporności, uczciwości, szlachetności - zauważa Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta. - W rezultacie proponowany przez nią wzorzec jest wzorcem wiecznego chłopca. Mężczyźni nie dojrzewają albo dojrzewają zbyt późno. Smutna statystyka umieralności pokazuje, że umierają, zanim dojrzeją. Wieczny chłopiec nie jest też wytworem ostatniego dziesięciolecia, chociaż coraz więcej jest w Polsce spełnionych duchowo i materialnie kobiet, które głośno narzekają na niedojrzałość partnera. - Teraz preferuje się typy pośrednie: męskie kobiety i kobiecych mężczyzn. Samodzielne i zdecydowane panie nie zdają sobie pewnie sprawy, że skarżąc się na partnera-chłopca, często same reprezentują wieczną dziewczynkę, wyrachowaną i drapieżną businesswoman, niedojrzałą do roli matki i opiekunki rodziny - mówi Zenon W. Dudek. Specjalizują się one w oswajaniu wiecznych chłopców, w pewnym momencie jednak słyszą: “Jesteś miła, ale nie zasłużyłem na ciebie”. To je zaboli bardziej niż fakt, że ich chłopiec odejdzie do kobiety-wampa.

- Wieczni chłopcy znajdują się pod coraz większą społeczną presją, a przecież byli wśród nas od wielu lat podkreśla Anna Giza. - Przyszedł kapitalizm ze swoją walką na kły i pazury, wymagający, by mężczyzna się sprawdził. Ciągle słyszy. no, kiedyś to nie musiałeś, ale teraz to jest twój czas! Rób karierę, zarabiaj pieniądze i wykaż się. Zamiast uciekać na ryby i kleić modele, zrób kolejną operację, wykaż się. To wobec panów transformacja postawiła trudniejsze wyzwania. Z powodu tej ogromnej presji wycofują się, bo boją się porażki. W przeciwieństwie do kobiet klęska obniża ich wartość. Wieczny chłopiec w dzieciństwie otrzymywał od rodziców dwa ukryte przekazy uważa Kiley. Od matki: zachowaj dystans wobec ojca, a od ojca: matka jest słaba, a ty ją ranisz.

- Zazwyczaj taki mężczyzna nie przeszedł we właściwym momencie inicjacji, oddzielenia od matki i pasowania na wojownika. Może to wynikać z braku właściwego męskiego wzorca w domu, ale też ze zwykłego niespełnienia dziecięcych marzeń lub poczucia osamotnienia - mówi Jacek Santorski. Piotruś Pan już jako nastolatek nie chce mieć nic wspólnego ze szkołą, pracą i ze wszystkim, co choć trochę przypomina dorosłość. Jeśli rodzice akceptują permanentny bałagan w pokoju trzynastoletniego syna, zwalniają go ze wszystkich obowiązków i tolerują bujanie w obłokach, popełniają wychowawczy błąd. Nie zdają sobie sprawy, że przez palce patrzą na kształtujący się właśnie u dziecka syndrom Piotrusia Pana. W przyszłości syn prawdopodobnie nie będzie chciał wyprowadzić się z domu. Wieczny chłopiec nie potrafi i nie chce planować przyszłości, ma trudności z podejmowaniem odpowiedzialnych i przemyślanych decyzji, wszystko odkłada na później. Piotruś stwierdza, że nie warto, boi się, że trud się nie opłaci. Na kobiety swego życia przerzuca wszelkie ważne decyzje i odpowiedzialność. “Osoby takie mają problemy w negocjacjach. Za drogo kupują, za tanio sprzedają, bo nie umieją wyczekać dogodnego momentu z obawy, że do transakcji w ogóle nie dojdzie” - pisze Jacek Santorski w najnowszej książce pt. “Emocje, charaktery i…geny”.

Czy wieczny chłopiec jest szczęśliwy? W pewnym sensie tak, gdyż ze swojej niedojrzałości na ogół nie zdaje sobie sprawy. - Taka świadomość jest bolesna, dlatego Piotruś skutecznie ją od siebie odsuwa - wyjaśnia Anna Giza. Zenon Dudek dodaje:- Z punktu widzenia mężczyzny dojrzałego szczęście Małego Księcia jest iluzją. Satysfakcja płynie bowiem nie z wartości, ale z wyniku: liczby zdobytych kobiet, przepłyniętych kilometrów, zarobionych pieniędzy, zwiedzonych krajów. W pogoni za takim szczęściem wielu chłopców ginie, reszta zamienia się w psychiczne wraki, unieszczęśliwiając przy okazji wszystkich wokół. Szczególnie bolesny jest dla nich kryzys połowy życia. Według Junga, to druga i ostatnia - po okresie dojrzewania - przymiarka do dorosłości.

Do wniosku, że życie wcale nie jest pasmem przygód i radości, Piotruś dochodzi więc późno, około czterdziestki. Nie może pojąć, dlaczego tak się dzieje : “To ma być wszystko, a gdzie jest ta obiecana przygoda?” Rozczarowanie może się objawiać w skrajnie odmienny sposób: głęboką depresją lub niepohamowaną euforią.
“Wtedy zwykle zakochuje się lub angażuje w “przedsięwzięcie życia”, bo uświadamia sobie, że nie przeżył swoich 40 lat w pełni”- czytamy w ,,Emocjach…”. Santorski uważa, że najlepsze, co można zrobić, gdy czterdziestolatek “odjeżdża”, to przypomnieć mu, że do tej pory - choć czuł się ofiarą - też był kowalem swojego losu. Dan Kiley uspokaja, że syndrom Piotrusia Pana nie jest ciężkim zaburzeniem, mimo że często wiąże się z próbami samobójczymi. Niezgoda na samego siebie i życie w świecie zabawek i fantazji czasami przeradza się w dziwactwo, przyjmowanie do wiadomości tylko części otaczającego świata, ale częściej - w depresję, poczucie osamotnienia i przegranego życia. Mężczyzna “chłopcem podszyty” nie jest masochistą - upokorzony, nieodwołalnie i na zawsze znika, odchodząc do swych zabawek i hobby.

- Wiecznego chłopca można wprawdzie spotkać na każdym kroku, ale następne pokolenie będzie dojrzalsze przekonuje Anna Giza. - Ankiety przeprowadzane wśród nastolatków wskazują, że życie traktują poważnie, nie boją się wyzwań i bez oporów planują przyszłość.

. . .

Po przeczytaniu powyższego artykułu dotarło do mnie, że profil Piotrusia Pana chyba jednak do mnie nie pasuje. Bo podczas gdy prawdą jest, że w wielu sytuacjach staram się uniknąć odpowiedzialności, czuję się niepewnie wobec kobiet, które mi się bardzo podobają i jestem wybitnie leniwy, to wiele cech “dużego dziecka” nie ma ze mną nic wspólnego. Nie kręcą mnie “namiętne miłostki”, nie mam w domu połowy asortymentu sklepu RTV, nie lubię częstych zabaw do białego rana. Sporty ekstremalne i dalekie podróże też mnie nie kręcą, nie mam zamiaru zostać w rodzinnym domu do 40 roku życia i dopiero wtedy myśleć o założeniu rodziny.

Myślicie, że to mnie uspokoiło? Nic bardziej mylnego.

Po dłuższym zastanowieniu doszedłem do wniosku, że być może wszystko to jest dopiero przede mną. Że nie mogę wykluczyć, iż zostanę “dużym dzieckiem” za 5, 10, 15 lat. A trzeba wam wiedzieć, że już teraz widzę w swoim zachowaniu ku temu podstawy. I z jednej strony, kiedy pomyślę sobie, że mam predyspozycje do zostania człowiekiem kariery, niezważającym na stan portfela obieżyświatem i łowcą kobiecych cnót, taka perspektywa wydaje się być całkiem interesująca. Ale ze strony drugiej… ja tak nie chcę. Chyba. A przynajmniej w tej chwili ciekawsza i bardziej odpowiadająca mojemu wyobrażeniu o przyszłości wydaje mi się być opcja, w której skład wchodzi rodzina, stabilność ekonomiczna i praca pozwalająca mi w miarę swobodnie korzystać z uroków życia.

Ale co, jeżeli jestem skazany na to (odrażająco ;P) wystawne życie? Czy jeśli dostajemy od losu jakiś konkretny scenariusz życia do zrealizowania, powinniśmy się go bez sprzeciwu trzymać? Czy jeśli wiele znaków na ziemi i niebie wskazuje, że w przyszłości mogę stać się kimś innym, niż sobie tego życzę, powinienem poddać się losowi? To pytania nie tylko do mnie, ale do was wszystkich.

Idziemy po linii najmniejszego oporu, czy wpieprzamy się w centrum walki?

Odpowiedzi można wpisywać poniżej, w komentarzach do wpisu.





O marzeniach zawodowych, tak trochę

17 11 2007

Kilkanaście ostatnich lat marzyłem, by w przyszłości zostać kierowcą ciężarówki i kursować pomiędzy wybrzeżami Stanów Zjednoczonych. Kilka lat temu z tym marzeniem zaczęło konkurować jeszcze jedno - zainteresowałem się dziennikarstwem, dodatkowo ludzie z mojego otoczenia niemal jednogłośnie twierdzili, że byłaby to odpowiednia praca dla mnie. Od dwóch, może trzech lat myślę też o karierze politycznej.

Jeszcze do tych wakacji najpoważniej myślałem o spełnieniu tego pierwszego marzenia. Studia chciałem skończyć tylko dlatego, by mieć jakiś papier “na przyszłość”, a zaraz po nich planowałem wyemigrować do Kanady, by poprosić kuzyna, który w fachu kierowcy ciężarówki ustawił się dobrych kilkanaście lat temu, o pomoc w znalezieniu pracy na terenie Ameryki Północnej. A dlaczego “do tych wakacji”? Bo właśnie wtedy, w ciągu zaledwie kilkunastu sekund, zmieniłem zdanie. Być może ktoś z Czytających uzna mnie za narcyza, ale ja mam się za naprawdę inteligentną i istotną dla świata jednostkę. Pomyślałem więc sobie, że jako taki powinienem mieć trochę większe ambicje. Ale nie dla sławy, nie dla historii i na pewno nie dla pieniędzy (bo gdyby te ostatnie były dla mnie takie istotne, nie zrezygnowałbym z jazdy TIR-em po Stanach, jest za to naprawdę nieprzeciętny hajs), tylko dla ludzi. Będąc dziennikarzem lub politykiem mam szansę dać z siebie coś tysiącom lub nawet milionom, jak łatwo się domyślić - w przeciwieństwie do kierowcy ciężarówki. Na dodatek obie te kariery zdają się być naprawdę interesujące.

I tu pojawia się zasadnicze pytanie - czy tak trzeba? Albo chociaż - czy ja tak powinienem? Czy czując, że mogę zrobić coś fajnego dla wieeelu osób, mógłbym poświęcić to dla jednego, malutkiego mnie? Praca kierowcy amerykańskiego osiemnastokołowca zawsze kojarzyła mi się z byciem niezależnym od absolutnie czegokolwiek i kogokolwiek, a więc z wolnością. A wolność = szczęście, ale w tym przypadku wciąż szczęście jednostki. Czy jest ono na tyle ważne, bym kiedyś mógł pożałować tego, że zamiast mknąć przez Stany w potężnym ciągniku, prezentuję wieczorny obraz wydarzeń kilku milionom Polaków? Nie wiem.





1 + 0 = 0…

16 06 2007

Matematyka Życia. Tak oto nazwałem pojęcie określające zjawisko, które ostatnio dostrzegłem. Zjawisko, z którym spotykam się co dzień od przeszło 21 lat i z którym spotykacie się wy, również od dnia narodzin. Najbardziej pospolite z możliwych do wskazania, a zarazem najbardziej zadziwiające… Ludzkie życie.

1 + 0 = 0

1 to ja, albo Ty, albo ktokolwiek inny - człowiek. To pierwsze 0 to także człowiek, albo grupa ludzi, albo i całe społeczeństwo, przyjmijmy jednak, że chodzi o, trochę brzydko to zabrzmi, jednostkę ludzką, a raczej - w tym konkretnym przypadku - jej brak. To drugie 0 jest zaś najtrudniejszym do określenia elementem mojej matematycznej układanki, oznacza bowiem zbiór olbrzymiej ilości zjawisk, głównie emocjonalnych, z którymi może spotkać się człowiek, a wśród nich można wymienić kilka mniej trafnych, jak na przykład smutek, przygnębienie, osamotnienie… Można też wskazać jedno, bardzo ogólne, ale przy tym chyba najbardziej treściwe - absolutny bezsens.

Myśl przewodnia działania 1 + 0 = 0 jest bardzo prosta i w zasadzie nie wymaga większych, od tych, o których pisałem wcześniej, wyjaśnień. Można ją jednak nieco uatrakcyjnić, rozwinąć i tym samym uczynić bardziej przystępną. Dotychczas, myśląc o Matematyce Życia, jak również tłumacząc ją osobom zainteresowanym, zawsze rozpoczynałem wypowiedź od tego samego zdania. I tym razem nie będzie inaczej.

Człowiek jest istotą społeczną. Oznacza to, że jest stworzony do egzystencji w świecie innych ludzi, do wchodzenia z nimi w relacje, zarówno te mniej (nie będziemy o nich pisać ;) ), jak i bardziej przyjemne, a więc do zawierania znajomości, przyjaźni, do kochania. Człowiek nie jest w stanie zrobić w pojedynkę absolutnie nic, po krótkim czasie spędzonym w samotności staje się dziki i niezdolny do… bycia człowiekiem.

Początki Matematyki Życia wzięły się z przemyśleń nad moim własnym życiem. 21-letni osobnik stanu wolnego (wolę nawet to biurokratyczne określenie od modnego ostatnimi czasy “single’a”), który do tej pory myślał, że jego wielomiesięczna samotność, pochodząca przecież z wyboru, to coś, czym nie należy się przejmować. Błąd. Jako ludzie, potrzebujemy obecności drugiej osoby, takiej, wobec której moglibyśmy wyrazić wszelkie emocje, do okazania których jesteśmy zdolni. Kogoś, z kim będziemy mogli zamienić ciepłe słowo, kogo będziemy mogli przytulić i pocałować, ale też kogoś, z kim moglibyśmy się pokłócić, stłuc talerz i trzasnąć drzwiami. Wachlarz emocji i zachowań, z którego każdy z nas powinien skorzystać. Tylko w ten sposób możemy wyrosnąć na zdrowych i szczęśliwych staruszków ;)

Jak to w matematyce bywa, z każdego (albo większości, już nie pamiętam…) wzoru można wyprowadzić wzór “przeciwny”, obrazujący drugą stronę zjawiska, którym się zajmujemy. I tak jak w przypadku kąta wewnętrznego trójkąta o wielkości 60° możemy wykombinować skromne 300° kąta zewnętrznego, tak początkowy, trochę dołujący wzór Matematyki Życia pozwala na przekształcenie go w coś wprost genialnego! Co prawda, chwilę się nad tym zastanawiałem, ale rozwiązanie przyszło dosyć szybko i brzmi:

1 + 1 = ∞

Osobom bez zacięcia matematycznego wyjaśnię, że ∞ znaczy tyle co Nieskończoność. Ze wzoru wynika więc, że Człowiek + Człowiek = Nieskończoność. Nieskończenie wiele zachowań socjalnych, nieskończenie wiele emocji, nieskończenie wiele możliwości. Suma dwojga ludzi to absolutne spełnienie ludzkiego sensu życia i tak, jestem gotów zaryzykować stwierdzenie, że właśnie po to żyjemy (poza tą całą bosko-reinkarnacyjną otoczką, w zależności od tego, w co kto wierzy), by być z innymi ludźmi i by mieć innych ludzi przy sobie.

Odszedłem trochę od tematu, ale zdaje się, że to niczemu nie szkodzi, bo po tym, co napisałem, należy się wam wyłącznie małe podsumowanie. Zabrzmi pewnie trochę drastycznie, ale nic to, jestem w stanie znieść słowa nawet najbardziej okrutnej krytyki. Człowieku, bez drugiej osoby nie znaczysz nic! Wstań i idź, i szukaj, i znajdź.