Zbliża się Boże Narodzenie. Dla jednych okres radości z powodu zaśnieżonych ulic i świątecznych ferii, inni – jak na przykład Eric Cartman z South Park – liczą na urodzaj ciast i prezentów, jeszcze inni spodziewają się w domach napływu gości z różnych stron Polski, a może i świata. A wszystkich ich łączy jedno – bardziej lub mniej szczera radość z przyjścia na świat Jedynego Pana Jezusa Chrystusa, amen, alleluja, hakuna matata! No dobra, pewnie nie wszystkich. Mnie w każdym razie – nie.
Końcówka grudnia była dla mnie zawsze okresem niezwykle radosnym. Lubię spotkania z rodziną, ubóstwiam kapustę z grzybkami, uwielbiam świąteczną ramówkę TV i wprost kocham śnieg. Do tej pory wszystko to jednak było dodatkowo okraszone tym jednym pośród wielu, ale za to najistotniejszym, elementem – Bóg się rodził, moc truchlała. I choć już od wielu lat nie mogłem zaliczać się do grupy tych najgorliwiej wierzących chrześcijan, to “jakoś wierzyłem”. Czasem wątpiłem, czasem bluźniłem, ale ogólnie rzecz biorąc pewnie nie wychodziłem poza kanon przeciętnego polskiego wierzącego. W każdym razie Boże Narodzenie było dla mnie zawsze czasem wyjątkowym, w którym całkiem naturalne wydawało mi się podśpiewywanie pod nosem kolęd, wysyłanie do rodziny pocztówek ze stajenką i gwiazdą betlejemską na froncie i łamanie się opłatkiem, na wzór jezusowego dzielenia się chlebem. I wszystko to tak pięknie składało się na wyjątkowość tych kilku dni, i byłem zawsze szczęśliwy i uśmiechnięty. Tymczasem w te wakacje w jednym dniu stałem się agnostykiem. Dla niewtajemniczonych – racjonalistą, który aby uwierzyć w boskie pochodzenie świata i człowieka, musi zobaczyć niepodważalne na to dowody. W tym roku nie będzie więc kolęd i symboliki opłatka, nie będzie udanego Bożego Narodzenia. Nie dla mnie.
Już dziś wiem, że za tych kilka tygodni nie będę miał do roboty nic lepszego, jak zasiąść przed kompem, może obejrzeć jakiś film, napisać coś na blogu, pogadać z kimś na gadu. Kevin sam w domu już nie będzie śmieszył tak samo jak co roku, śnieg będzie mniej biały, a kubek kakao wystygnie szybciej niż zwykle…
Tymczasem siedzę tu sam i słucham jazzowo-świątecznych melodii wygrywanych przez Kenny’ego G i bluesowych kawałków Elvisa o tej samej tematyce. I jest mi jakoś tak dziwnie ciepło i miło, i spokojnie. Boję się jednak, że wraz ze zmniejszającym się odstępem czasu, jaki pozostał do świąt, mogę się czuć coraz mniej fajnie… W kwestii “Wesołych Świąt” pozostaje mi więc chyba tylko liczyć na bożonarodzeniowy cud.
Aktualnie zaliczam się do tej grupy “jakośtam wierzących”, mam jednak wrażenie, że nieuchronnie dryfuję w kierunku deisty/agnostyka (dwa odmienne, wiem, ale nie miałem czasu porządnie tego przemyśleć ;]). Co w żaden sposób nie stanowi problemu w cieszeniu się Świętami – śniegiem, atmosferą, dawaniem i dostawaniem prezentów, Kevinem samym tu i tam, kakao, czy też przyjemnymi utworami z “Christmas” w tekście. :) Domyślam się, co możesz na to odpowiedzieć – że nie można się cieszyć z Bożego Narodzenia (sama nazwa mocno sugeruje, o co tak naprawdę POWINNO w tym wszystkim chodzić), nie wierząc w żadne Boże Narodzenie. Otóż właśnie można. Wiem z doświadczenia, że się da. Czy łamiąc się opłatkiem i życząc wszystkich najlepszych rzeczy różnym kochającym i kochanym ludziom, nie możesz robić tego…. hmmm…. po świecku? Życzyć nie z wiary, tylko ze szczerego serca? Nie można jeść pysznych pierożków, nie chwaląc Boga tylko babcię, która takie cudo ulepiła i ugotowała? Oglądać Kevina nie popierając Tajemnicy Niepokalanego Poczęcia? Ano można. :)
Wiem, że cośtam w głębi mówi, że z to nieprawda z tym Żłóbkiem i Kadzidłem, i Aniołkami, ale skoro psuje Ci to radość z tak pięknej rzeczy, jaką jest atmosfera i klimat Świąt, to – zastanów się – czy nie lepiej to zgasić i kazać siedzieć cicho? :)
Wiem, że można cieszyć się tym wszystkim, o czym piszesz, i naprawdę bardzo chciałbym. I pewnie trochę będę. Ale teraz Ty się zastanów. Będzie to porównanie nie do końca właściwe, lecz na pewno załapiesz, o co mi chodzi :)
Co roku od 20 lat znajdujesz pod choinką ten sam, pięknie zapakowany prezent. I co roku jesteś z niego równie bardzo zadowolony, bo – powiedzmy – 365 dni to idealny czas na to, by ten z ubiegłych świąt już się zużył/zepsuł. Niech to będą, mhm… rolki :) W końcu mija 21. rok, zaglądasz pod choinkę, a tam leży zawinięta w pomiętą gazetę jedna rolka. Nie czujesz się zawiedziony? Owszem, mógłbyś pomyśleć “lepsze to niż nic”, ale jednak to nie to samo, co zawsze.
I myślę, że tak właśnie poczuję się ja, kiedy zrozumiem, że te święta nie będą takie, jak kiedyś. Wyjrzę przez okno – zobaczę śnieg (mam nadzieję), wycałuję pół rodziny życząc im wszystkiego najlepszego i w końcu napcham się ulubionej kapusty z grzybami :D Ale czegoś zabraknie do pełni szczęścia i to czegoś bardzo istotnego.
A ja uważam, że nawet ateiści mogą obchodzić pełne święta. Bo na Gwiazdkę liczy się nie tyle Bóg co drugi człowiek :) Najważniejsza jest radość ze spotkania razem, z przebywania w swoim towarzystwie z tego, że możemy kogoś uszczęśliwić i ktoś uszczęśliwia nas. I pamiętaj, o tym, bo (jak pisał Stachura) “Zbyt wielu ludzi podąża za Bogiem, a nie za drugim człowiekiem”.
A opłatek? Kolendy? To w końcu miły element tradycji, jednania się z najbliższymi itp. Nie trza wiary do tego :)
Cóż, najwidoczniej dla Ciebie cała ta część świątecznej atmosfery związana bezpośrednio z Narodzinami Chrystusa miała wartość całej jednej rolki oraz ładnego opakowania. Nie umniejszając religii katolickiej (chociaż, generalnie, nadal jestem jej wyznawcą), ani nie obrażając jej… erm… członków? partycypantów?, dla mnie sam fakt, że zarówno choinka, jak i pierogi, śnieg, a nawet – pal licho! – Kevin Sam w Domu są tak naprawdę po to, żeby świętować Urodziny Pana, wart jest nie więcej, niż jedno kółko. Brak jednego kółka w pewien sposób irytujący jest (to jest właśnie to coś w głębi duszy, o czym pisałem), ale da się to naprawić i z tym żyć (uciszyć to coś i cieszyć się nadal).
Szczerze mówiąc, zasmuciłeś mnie trochę tymi słowami, że “te święta nie będą dla Ciebie już takie, jak kiedyś”. Że śnieg nie będzie tak biały, kakao nie tak gorące, prezenty nie tak przyjemne, a Kevin nie tak sam-w-domu. Zasmuciłeś, naszła mnie bowiem obawa, że mnie też może coś takiego kiedyś spotkać. A ja nie chcę. Bo uwielbiam Święta. A jak ludzie naokoło mnie będą je uwielbiać coraz mniej, to na mnie w końcu też to przejdzie…
Na koniec jeszcze – skoro zmiana światopoglądu odbiera Ci rzecz – w moim mniemaniu – tak istotną, jak spora część radości ze Świąt, to może ta zmiana odpowiednia nie była?
A na sam koniec, żeby za pesymistycznie nie było, kilka wesołych emotek, bo jakoś żadna nie znalazła sobie miejsca w moim powyższym tekście:
:) :D :P :]
;)
O, Szanowny Pan Robert Szymczak ujął w kilku krótkich zdaniach to, co generalnie miałem na myśli, pisząc te długaśne komentarze. Popieram w pełni! :] Pomyśl, Piotrusiu, czy w tym cieszeniu się Świętami nie było głównie radości ze spotkania z bliskimi i dzielenia z nimi wolnego czasu? U mnie tak właśnie jest. A to nie znika w raz z wiarą. Bliscy zostają i największa część radości zostaje. :)
Niech u Ciebie zostanie też. Życzę Ci tego z całego serca. :D
:]
nie tyle Bog co drugi czlowiek? powtarzacie sie z forum;p
Piotruś, może po prostu odpocznij i ciesz się wolnym czasem. :)
Magdo, może nawet chciałbym, ale chyba się tak nie da… Za bardzo zależało mi na tym, co straciłem. Może za rok :)